
Jeśli świat w którym się żyje, nie jest tym właściwym... Jeśli źle się na takim czujemy... Jeśli zawiedli wszyscy, którzy mogli go pokolorować....- czy szaleństwem jest znaleźć sobie inny?... Czy nienormalnością jest uciec w jego składowe, które potrafią dać człowiekowi szczęście?... Muzyka.... Sztuka.... Iluż z nas, znalazło tam azyl i wszystko co czyni go szczęśliwym?... Czy dlatego malarzy i twórców nazywano szaleńcami?... Czy dlatego mówi się że każdy artysta jest popieprzony, tylko dlatego że ma odwagę zamienić zgniliznę na szybowanie wśród gwiazd?... Czy siedzenie przy sztalugach i malowanie piękna świata i gorącego lata, gdy jest zima- jest dewiacją umysłu?... Beksiński był schizofrenikiem... Dzięki jednak doskonałości jego kunsztu i mistrzostwu ręki, dowiedzieliśmy się jak wyglądają wizje takich ludzi. Jego obrazy były zdjęciami wizji innego niż nasz umysłu. Może właśnie wyrzucenie na płótna tych obrazów, uzdrawiało chorobę jaka siedziała w jego głowie... Myślę, że każdy z nas znajduje sobie świat jaki jemu właśnie odpowiada. Dla jednych jest to rodzina i spełnianie się jako jego podstawy. Dla innych kariera zawodowa i to co potrafią osiągnąć.... Inni jako cel widzą jedynie pieniądze i zasobność konta... Dla innych zaś najlepszym światem może być muzyka czy sztuka. Piękne to życie...- gdy żyjąc w cudownym świecie jest możliwość utrzymania się z takiego życia... Ale czy należy rezygnować z niego w przypadku gdy jest tylko i wyłącznie ucieczką?... Nie omijajmy tego co jest nam potrzebne i dla nas dobre.... Pławmy się w tym jeśli uzdrawia naszą duszę a często i ciało... I co z tego że powiedzą że człowiek jest „powalony"... Niech mówią.... Na innych po prostu mówi się alkoholicy... Czy to tak bardzo inne uzależnienie od uzależnienia od piękna?

Dzisiejszej nocy śniłam Twoją twarz. Twarz była tą- jaką przysłałeś ostatni raz. Poważna, z tygodniowym zarostem.... w kapeluszu. Nie patrzyłeś w obiektyw aparatu. Twój wzrok utkwiony gdzieś daleko już wówczas mnie nie widział. Twoja ocena jakże nietrafna. Razy jakie zadałeś-jakże bolesne. Przecież nie potrafię zapomnieć... Nie umiałeś zrozumieć zwykłego kobiecego lęku. A w moich oczach byłeś najmądrzejszym człowiekiem na świecie.


Ciągle mi zimno... Bez względu na temperaturę pomieszczenia... Opatulona kocem siedziałam i gapiłam się w park. Jak zwykle....niespodziewanie pojawił się obok mnie. Rogaty... Dziwny przyjaciel- nieprzyjaciel... Czyhający na moją duszę.. a jednocześnie nie raz podnoszący nastrój. Usiadł obok i zrobiło się cieplej. Dlaczego nie było Cię tak długo?... pytałam nie odrywając wzroku od nagich drzew. Wołałam Cię myślami... Potrzebowałam.... Oczekiwałam....- żaliłam się głośno. Ton jakim powiedział: „nie mogłem" dał do zrozumienia bym nie mówiła już nic więcej... Gdy obejmował ramieniem, było mi wszystko jedno obok kogo siedzę. Potrzebowałam tego ciepła... Karmiłam nim zziębione ciało i zasypiałam. Sen przyniósł dziwną podróż... Bez początku i bez końca. Czułam tylko że unoszę swoje ciało gdzieś w przestrzeń, w której nie czuje się ciężaru ani podmuchu wiatru. W uszach brzmiała dziwna muzyka, której opisać teraz już nie potrafię. Przestrzenie jakie przemierzałam były puste. Nie była to czarna otchłań... ale także nie było źródeł światła. Wokół unosiły się przeźroczyste kule... a w nich majaczyły dziwne niekształtne postacie. Gdy zniknęły otuliła mnie biała mgła... Czułam jej dotyk... jak dotyk motyla.... Jak czuje się oddech na swojej twarzy... Jak czuje się ciepło czyjegoś uczucia... Za obłokami mgły przelatywały białe iskry. Zostawiały po sobie świetliste ogony i znikały z oczu. Wybuch niebieskiego, zimnego płomienia wyrwał z półsnu. Siedziałam z głową opartą o tors rogatego. Głaskał ogromną, kosmatą łapą... a mnie wydawało się że słyszę coś,- czego tutaj słyszeć się nie spodziewałam. Przytuliłam mocniej głowę... Nie... Nie myliłam się. Wyraźnie słyszałam bicie serca... Kim w końcu jesteś?- spytałam unosząc głowę i patrząc mu w oczy. SOBĄ....-usłyszałam krótkie wyjaśnienie. Nie pytałam o nic więcej. Źle się czułam i korzystałam z uczucia błogostanu jakie dawała mi jego obecność. Zamknęłam oczy i płynęłam dalej trzymając rogatego za przedramię. Uspokoił mnie tym snem... Uspokoił podróżą.... Życia jednak nadal się boję... to nie mój świat...

Zionę potwornie!!!! Zionę tak- że sama ze sobą nie mogę wytrzymać... Już wiem jaki odór wydobywał się z komór w jakich spali robotnicy wznoszący piramidy...Oni TAKŻE jedli czosnek... Bez niego epidemie uśmierciłyby wszystkich.
Ponieważ kaszel nijak nie daje się wyeliminować a świńska grypa tuż...tuż...- zjadłam na wczorajszą kolację ząbek czosnku. Ząbek....- dobre sobie.... Było to ogromne zębisko przepuszczone przez praskę położone na chlebek z Delmą. Matko jedyna jak szczypało... O zapachu natychmiastowym nie wspominam. Dziś... zapach wydobywający się z moich ust to wyziewy podczas spawania karbidem. I tak myślę sobie, że szkoda że nie wczoraj... Bo wczoraj...gdy obsługiwałam 300-to osobową imprezę zostałam na oczach tejże widowni wycałowana przez organizatora... A gdybym tak w ślad za spojrzeniem i uśmiechem... z wyszczerzonymi zębami puściła z ust wspomniany zapach...- niekoniecznie lubiana przeze mnie osoba z pewnością powstrzymała by pęd swoich namiętnych warg. Ale trudno... Zjadłam za późno... Mam jednak nadzieję że chociaż poskutkuje... i razem z lekami uzdrowi chore ciało. No bo chore... Sama już nie wiem czy przypadkiem to...- na co chorowałam nie była właśnie ta grypa. No bo przecież JAK DŁUGO MOŻNA CHOROWAĆ NA ZAPLENIE OSKRZELI? A jak się czułam na imprezie?... No więc chodziłam sobie cichutko i „machałam" fotki wykładowcy i słuchaczom. Co kilka minut wybuchałam kaszlem a cała publiczność w owym momencie kierowała na mnie wzrok i ze współczuciem dawała porady. Jedno powtarzało się w poradach... CZOSNEK... I zeżarłam ten ogromny ząbek po przyjściu i poczekam... Tylko proszę nie uprzedzać że jeden nie wystarczy... O gryzieniu natki pietruszki i ziarnka kawy też doradzali... Dziś nie reflektuję na żadnego narzeczonego... Yesu....- kto by ze mną wytrzymał...