
Piękna.... pyszna... wymarzona niedziela. Ciepło z powiewami mojego ukochanego wiatru. Południowe słońce niższe niż latem, a co za tym idzie dające ciekawsze efekty. Takie słońce jeszcze bardziej ożywia przyrodę. Każdy ruch... każde westchnięcie natury potęgowane przez właśnie takie oświetlenie,- stwarza niesamowita atmosferę... Słońce rzucające promienie przez prześwity drzew. Zaskakuje... ożywia... „głaszcze" oczy ...
Noc jak noc... Przecież to weekend. Dzielnica cudów i dziwnych zachowań. Każde z miast.. Nawe najmniejsze,- podzielić można na dwie strefy. Stare miasto... teraz już wszędzie ochraniane, szanowane i konserwowane. I nowe miasto, okalające kręgiem centrum, powstałe z konieczności właśnie w ten sposób. Nowy kierunek, tworzący te centra jako dzielnice prawie niezamieszkane a wykorzystywane jako usługi dla ludności,- gdzieniegdzie działają już kompleksowo. W moim mieście -nie... i sporo tu „dziadowskich" ulic. Tak się to potocznie nazywa. W zasiedlonych po wojnie budynkach dogorywają ich mieszkańcy... a właściciele starają się je już nie zasiedlać mieszkaniowo. Remontują... przebudowują lub po prostu sprzedają dużym firmom z przeznaczeniem na biura lub handel. I działa sobie to specyficzne podziemie... Ta wymierająca już cyganeria w znaczeniu słowa raczej nie artystycznym. Z wpojonym... źle pojętym znaczeniu demokracji- przekonana o tym „że teraz wszystko wolno"... Musimy ją tolerować... z wielu względów. Nawet i ze strachu. Jest częścią naszej dzielnicy i funkcjonuje równolegle obok. Wszyscy Ci... którzy pracują w domu...bądź po prostu w nim są -znają ta dzielnicę dość dobrze. Od podszewki.. Ci, którzy przychodzą do domu tylko spać-wiedzą znacznie mniej. Wielu z nas marzy by mieszkać w „drugim" mieście.. Tym nowym... na obrzeżach. W strzeżonych dzielnicach.. bezpiecznych i cichych. Ilu z nas będzie na to stać?... Z pewnością to palce jednej ręki... Zmiana ustroju.- zmieniła wiele. Upodobniła nas do zachodniej europy. Upodobniła we wszystkim... Czy jest lepiej-nie wiem... Jest po prostu INACZEJ...

Czego dymisz?!... Ryczysz.. wściekasz się... marnujesz zdrowie...a to nie pomoże. Zarzekałaś się jak świnia błota, że olejesz... Że niech sobie warzy.... A ty będziesz patrzyła jak przełyka kwas jaki sobie uszykował..- i co?
I nic....- odpowiedziałam spuszczając głowę.
Rogaty stał nade mną i usiłował wbić do głowy to-o czym rozmawialiśmy już dziesiątki razy.
Czego oczekujesz?... pytał któryś już raz..- a ja nie mogąc opanować płaczu nie umiałam wytłumaczyć. Podarowałam temu chłopakowi ładny kawałek swojego życia. Tyle zdrowia, które teraz już dla zabawy odrywa kawałami z mojego ciała... Swoje szczęście... ciepło drugiego człowieka...
No i co?- pytał dalej czekając na rzeczową odpowiedź.
I oczekuję, że uszanuje. Że będzie pamiętał... Doceni miłość.. I będzie po prostu ciepłym człowiekiem. Ryk jaki wydobył się z szatańskiej gardzieli rozległ się chyba w całej dzielnicy. Śmiał się i śmiał a ja patrzyłam zdziwiona, nie rozumiejąc z czego się śmieje. Wypowiedziany zwrot „babo durna" uwiązł mu w gardle gdy rzuciłam w jego stronę błyskawicę spojrzenia. O..o o o.... właśnie tak powinnaś zamykać gówniarzowi usta- wysapał i usiadł. Ale się nad sobą litujesz!- wyrzucał zachrypniętym głosem... Jaka biedna i pełna poświęceń... Uśmiechał się i biadolił dopóki nie usłyszał ode mnie...- TAK!!!.. Lituję się nad sobą bo niestety nie ma kto nade mną się zlitować... Lituję się- ..ciągnęłam- bo na to zasłużyłam. Bo są sytuacje w których człowiek zasługuje na litość.. i okazywana mu ona, to nic złego. Jest potrzebna,- i się ją dostaje, by pogłaskać własne ego. Nie zawsze wbijanie w dumę... pochwała za zaradność...- jest tym, co w danej chwili jest potrzebne. Przestańmy w końcu uważać że litość jest czymś złym. Na pogrzebach też ludzie płaczą... i to płaczą przede wszystkim nad sobą i jest to uważane za normalność. Nie każdy musi być twardzielem i nie każdy potrafi... Po to ją Stwórca dał... by nią obdarzać- kontynuowałam. Rozśmieszył mnie gdy na słowo „Stwórca" parsknął siarką. No dobra dostałaś... podsumował. A teraz- gdy ten młody potwór zrobił już co potrzebowałaś..- wypnij się. Przecież on robi dokładnie tak samo. Rób obiady „po łebkach"... Niech sam sobie je grzeje... Śniadanka też sam, skoro taki dorosły i samodzielnie zaradny. A o potrzeby jednak nie proś-tak jak niegdyś sugerował tylko polecaj... Każdy ma swoje obowiązki i on swoje wobec ciebie także ma. A że ma jakieś tam chore życzenia...- tu uśmiechał się złośliwie.. Potraktuj to jak dowcip. Co?!- w domu nie potrafisz mieć poczucia humoru tak-jak potrafisz mieć je poza nim? Babo!!!!- wyryczał w końcu. Toż to facet!!! Głupi facet jakich wielu tu wyśmiewasz. Obudź się w końcu i zapamiętaj!! Każdy facet szanuje i intryguje go kobieta, która totalnie go olewa i ma do niej trudny dostęp. I nie ważne jest czy jest ona koleżanką czy narzeczoną. Siostrą czy matką. Sąsiadką czy nauczycielką. Jeśli ktoś go nie chce....- ZROBI WIELE BY GO CHCIANO!!! I to sobie zapamiętaj...
Śmialiśmy się długo... Z sytuacji...Z jego głupich dowcipów i hałasującej na ulicy młodzieży. Nawet z tego że pół dzielnicy nie spało, bo w hałaśliwym klubie otwarto okna i „niosło" po ulicach... Gdy zasypiałam zmęczona w fotelu- zniknął. Rano zastałam w kuchni zrobione śniadanie z kartką „DLA BIEDULKI"... O jaki dowcipny!!!!- wyrwało mi się z ust, ale zamilkłam. Kiedyś taki,- użyty przeze mnie zwrot, skomentowano dość trywialnie. Nie powinnam go używać...

Super ubaw mają pracownicy firmy opiekującej się parkiem i ci, którzy wstają bardzo wcześnie do pracy. Super ubaw z tych, co śpią...a przynajmniej chcieliby pospać dłużej. Dlaczego?....... Ano dlatego że park JEST SPRZĄTANY... A dokładniej ODKURZANY dwa razy w tygodniu. A jeśli już nie dwa to obowiązkowo w piątek.. a czasami gdy firma jest szczególnie zajęta to W SOBOTĘ. Odbywa się to na zasadzie „pchania" a nie „wciągania" tak -jak w domowych odkurzaczach. Przychodzą więc sobie panowie pracownicy o 5 w nocy...-tfu... rano, na brzeg parku czyli pod ludzkie domy, w których wszyscy jeszcze smacznie śpią i włączają odkurzacze. Odgłos chodzącego odkurzacza równa się głośności startu średniej wielkości odrzutowca i zaczyna się sprzątanie. Sprzątanie- to spychanie liści i śmieci ze ścieżek na trawniki i brzeg rzeki. Co dowcipniejsi „sprzątacze" kierują tumany wzbijającego się kurzu w stronę stojących na poboczu ulicy samochodów.. Albo li mają udziały na myjniach samochodowych... albo złośliwość i głupota dorównują hałasowi jaki czyni sprzęt jakim pracują. Tak więc spychają sobie śmieci na boki, czego sens kojarzy się z wmiataniem śmieci pod dywan... a wyrwani z głębokiego snu ludzie puszczają k...y stojąc w oknach. Co rusz z któregoś okna sypie się życzenie...: „oby mocny wiatr zaczął ci wiać..". No i zdarza się że wieje. Wtedy ubaw mają mieszkańcy-czyli MY... Wszystkie bowiem wypchane na boki śmiecie i liście,- dowcipniś dmuchający nie w stronę, w którą życzą sobie pracownicy, umieszcza je na miejscu które przed chwilą zajmowały. I zabawa zaczyna się od nowa... raz... drugi... trzeci... Że Syzyfowa?... No i co z tego?... Takie są standardy sprzątania i już. Wogóle ta nasza demokracja naprawdę przyjazna jest dla ludzi...-NIEKTÓRYCH. Bo tak na przykład właściciele sklepów (naturalnie nie wszystkich) otwierają je o 8.00 tylko po to by móc o 16.00 iść już do domu. Nie szkodzi że od tej ósmej do dziesiątej nikt do nich nie wchodzi. Ważne że o 16.00 maja już luz. O 16.00 czyli o tej o której prawie wszyscy wychodzą z pracy i chcieliby coś kupić. Oooo tam zaraz że chyba piorą jakąś lewą kasę!!!... Nic nie piorą... ONI PO PROSTU TA KASĘ MAJĄ. A sklep to dlatego że się nudzi... I właśnie z tego też powodu nie kupiłam wczoraj wosku do samochodu. Ale co tam... Może uda się utrafić w godziny otwarcia- dziś. A dziś piękny wstaje dzień. Słoneczko już świeci.. i ciepło się robi. Park odkurzony i obszczymurki już przy barierkach nadrzecznych stoją... Włodziu- jak codziennie o stałej porze, w nurt tej rzeki zwymiotował i jest ok... Nawet wiem że ryby nie biorą i zaczynają się jakieś grzybki pokazywać... w lesie naturalnie. Pije sobie kawusię i tak się zastanawiam, czy we wszystkich dzielnicach jest tak swojsko i „fajnie"...



Niewiele zmieniła powietrze nocna burza. Trwała dość długo... Dopiero południowe przejaśnienie otworzyło drogę zaduszonemu powietrzu. Poszło w świat i jest lżej. Sprzątanie trwa i jest na dość dobrej drodze. Uwielbiam gdy jest tak czysto... Gdy są zrobione zakupy i ugotowane jedzenie. Chłodny tusz.... kawa.... i dobry film... Wtedy naprawdę odpoczywam. Dziś na obiad naleśniki.. Yesu lubię,- ale staram się nie jeść, bo nie powinnam. Jeszcze w tym tygodniu przy tych garach się poświęcę... Na przyszły, już tak podgadzać - nie będę. Od początku września postaram się zmienić nieco tryb życia. Wezmę się za malowanie....- muszę także mniej czasu z rana poświęcać na siedzenie przy PC.
Ciuchy.... Nowości nie będzie z uwagi na finanse, trzeba jednak wymienić w szafce te letnie na jesienne. Mam na myśli ich dostępność. Powinnam nabyć jesienne butki. Potrzebuję,- nie z fantazji. Chyba jednak zostanę przy starych adidasach i bardziej szykowny styl odłożymy na lepsze czasy. Co mi tam... Na uczelnię będę biegać na sportowo. Że mi smutno i markotno narzekać nie będę. Podobno to nie jest trendy i nieelegancko. „Damie" powinno być zawsze dobrze....- no OK.-... więc jest i już...

„Nosiło" go wprawdzie przez chwilkę ale praca ruszyła. W moim pokoju okna pięknie... tak- po prostu pięknie umyte. Jutro jeszcze balkon w Jego pokoju i kuchenne. Planujemy także wizytę na cmentarzu, co łączy się z doprowadzeniem grobowca i otoczenia do porządku. Wspominał na jutro o umyciu i woskowaniu samochodu, ale nie sądzę by starczyło nam czasu i sił. Chyba zrobimy to w piątek łącznie ze sprzątaniem cotygodniowym mieszkania. Zakupy to sobota. Muszę przecież być przygotowana na to że od poniedziałku Długi idzie do pracy.
W tym tygodniu powinnam dostać już potrzebną pompę paliwową. Pan mechanik zobowiązał się zamontować ją w ramach gwarancji poprzedniej. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, powinnam w przyszłym tygodniu mieć autko moje ukochane „na cacy".
Parówa.... Niebo zaciągnięte chmurami,- gorąco i wilgotno... kropelki deszczu, które spadną z nieba parują natychmiast i czuję się jak w lesie tropikalnym. Znaczy to że czuję się źle...
Jestem już dziś zmęczona. Nie skończę sprzątania swojego pokoju. Postaram się zrobić to jutro rano. Będzie chłodniej i ja z pewnością będę mocniejsza. Teraz herbatka energetyzująca i wiadomości z internetu. Potem kolacja i TV.
Moje usta dziś bezwiednie wypowiedziały Twoje imię. Raz... może dwa. Bardzo trudno przychodzi mi to „rozejście"... Przecież to tyle czasu,- a jednak... Nikomu już nie zaufam...

Chyba żałuję że nie przywiozłam sobie z lasu kwitnących wrzosów. Były takie piękne.... Zwyciężył strach... Zwykły strach przed przesądem a może nie tylko przed przesądem... Zawsze mówiono że wrzosy przyniesione do domu sprowadzają nieszczęście. Tylko to mnie powstrzymało. Tradycja wzięła się z tego, że właśnie wrzosy zawsze były kwiatami czarownic i magów. Podobno mają magiczne właściwości i by zwykli ludzie nie zbliżali ich do siebie właśnie tak mówiono... Ile w tym prawdy? Z pewnością zbiegi okoliczności potwierdzały przesąd...ale... Ale jeśli nie były to zbiegi okoliczności?
Pięknie wyglądałyby w przedpokoju.... korytarzu...moim pokoju... Uwielbiam fiolety i wszelkie ich odcienie... Róż także... Yesu..- tak siedzę i myślę czy nie wybrać się tam jeszcze raz i nie przywieźć tych cudności do domu. Dla siebie.... Dla uciesze oczu.... A nieszczęścia? Przecież mam ich tyle i bez wrzosów, że cóż więcej może mnie spotkać?... W kwiaciarniach mnóstwo tego teraz. Ludzie kupują... kwiaciarze jakoś nie plajtują... Może więc spróbować. Jeśli to kwiat czarownic...- nic to... Zawsze uchodziłam w rodzinie za osobę o szczególnej energii. Moja aura to moja duma i coś co wyróżnia mnie wśród innych. Korci mnie żeby jednak tam wrócić...
„Jego Długość" już w domu i nadal grzeczny. Matko święta aż strach- bo zawsze po dobrym przychodzi zło. Każda dobra chwila jest jednak na wagę złota więc cieszmy się tym-co jest.
A teraz?... A teraz myślę o obiedzie. Jeden z kompotów z moreli się nie „zakrył"- więc zupa owocowa. Drugie danie to ziemniaczki, ogóras własnego kiszenia i plasterek mięska.
Wieszak w łazience przywieszony. Dość długo polowałam na taki model i w końcu znalazłam. Potrzebuję właśnie takiego wieszaka na długie rzeczy. Nie montowałam żeby nie zagracać łazienki...- ale w końcu to mnie ma być wygodnie, a na drzwiach tak mocno go nie widać.
Tydzień cały nie gotowałam... DO GARÓW WIĘC.... DO GARÓW...


Noce są już chłodne.. Było mi dziś po prostu zimno.. Rankiem...zamykając okno zauważyłam towarzysza jakiego miałam dzisiejszej nocy w swoim pokoju. Siedział na firance bez ruchu i zastanawiałam się czy żyje. Żył... Pozwoliłam jednak zostać aż nie podwyższy się temperatura na dworze. Brunek widział motyla.. Wpatrywał się w niego hipnotycznie a ja tłumaczyłam że nie wolno na niego polować. Czy zwyciężyło moje tłumaczenie czy po prostu wiedział że łup jest zbyt wysoko,- ale się udało.

Całą sobą potrzebuję spokoju. Jak nigdy jeszcze.... Wczorajszy las... ta cisza i majestatyczna duma tego miejsca wiele dały. Popołudniowe słońce stwarza las innym. Niskie oświetlenie daje złudzenie dziwnych widm i łudzi bytami krążącymi wśród drzew.
Kwitną wrzosy... W tym roku wyjątkowo ładnie. Wczoraj las zasnuł je pajęczynami jakby chciał zakryć przed ludzkimi oczami ten przepiękny widok. Igrające wśród tych cienkich nitek promienie słońca stwarzały swoisty spektakl, którego nie sposób było ominąć. Raj dla oczu.... Słodycz wlewająca się do duszy...



Ale nie sposób było również ominąć niebezpieczeństwa jakie stworzyła bezgraniczna ludzka głupota... To ludzka ręka rzuciła kilka dni temu w to miejsce iskrę która mordowała las i jego życie... Tliło się do wczoraj... Gasiliśmy... Czy jednak już na dobre? Czy głębiej nie został żar który nadal stwarza niebezpieczeństwo?
Dziękuję Tobie A... i Tobie W za noszenie wody z odległego stawu. To Wasz trud być może uratował przed dalszym rozprzestrzenieniem się ognia...
Dziś wraca Długi... Atmosfera będzie w sporej części zależała od jego nastroju... Nie sposób się do tego przyzwyczaić...

Bezsenna noc.....-bezsenna i potworne samopoczucie cały dzień. Wyszłam do miasta-musiałam zrobić zakupy. Sen tak bardzo domagał się swego, że byłam skłonna położyć się w bramie i spać. Nie- nie mogłam wziąć nic na spanie- bo nie od bezsenności nie mogłam spać. Od północy na parkowym placu przy parkingu szalała pijana młodzież. Sąsiedzi zza firanek przyglądali się jak młodzież rozbija butelki od alkoholu o samochody. Ktoś zadzwonił na policję... Aż się zdziwiłam, bo wszyscy boją się nawet takiego telefonu- w obawie o odwet. Przyjechali...natychmiast. Spisali wszystkich i pojechali. Młodzież szalała do 3... Poszli.... Usiłowaliśmy z sąsiadami zasnąć. Gdy około 5 zasypialiśmy wrócili jeszcze bardziej nabuzowani. Nie wytrzymałam -zadzwoniłam na policję ja. Wytłumaczyłam...prosiłam. Przyjechali po 15 minutach ale interwencja tym razem była skuteczniejsza. Nie wiem czy miała to być izba wytrzeźwień czy kolegium, ale część potulnie prosiła „że nie mają pieniędzy". Funkcjonariusz powiedział krótko:- „ na gorzałę była... o północy radziliśmy iść do domu..." Nigdy tak gorliwie jak tej nocy nie modliłam się o burzę i deszcz. Stwórca nie był łaskawy... Do nerwówy domowej doszła dzielnicowa hołota. Tak- niestety takie określenie jest tu właściwe. Samochód od dziś parkuję w innym miejscu. Może będzie bezpieczniejszy. Gdyby dzisiejszej nocy popadało- miałabym ją spokojną. Wyspałabym się.. wypoczęła... Tylko jak to właściwie jest?... Czynsz jest bardzo wysoki między innymi właśnie z powodu mieszkania w centrum miasta....


Prawie półtora roku życia w ciągłym stresie niemiłosiernie mści się na zdrowiu. Lekarze uprzedzają, ale kto w to wierzy?... Wierzy w to ten-kto doświadczył... Na bliskich... Na sobie... Nie wiem na ile ten mój tygodniowy, psychiczny wypoczynek się przydał, ale padło w organizmie wszystko. Drży każdy nerw.. Drży powieka i drżą wargi. Co w taki wypadku było lepsze?..- nie wiem. Może to tak- jak z nałogiem.. Dopóki pijesz...ćpasz jakoś jest. Gdy przestaniesz-...ruina... Może gdyby nie było lipca... może gdyby nie to-co się stało....
Nie będę szukała przyczyn. Cokolwiek to było..- stało się i nic już nie odwrócę. Nie potrafiłam olać... Nie potrafiłam przechodzić obojętnie... Po prostu taka jestem. Przede mną kilka wizyt. Na ile potrafię się spiąć by nie dać poznać po sobie że coś się dzieje?... Na pewno się postaram...jak zawsze...
Na uczelnię muszę iść już w połowie września. Trzeba coś zrobić.... Zobowiązałam się...
Zaczynam myśleć czy nie powinnam choć parę razy spotkać się z psychologiem... Ale co to da?... Powie mi to- o czym wiem... Poradzi to-... czego nie mogę z siebie wykrzesać... A do zwierzeń -nie potrzebuję specjalisty. Mam przy boku parę niezłych „konfesjonałów"...
Ja chyba nie potrafię normalnie żyć... Ot tak...-podnieść nogę na wszystko i pobiec beztrosko dalej. Wszędzie zostawiam część siebie...i gdy przychodzi się rozstać... właśnie brak tej cząstki, odczuwam najdotkliwiej. Wewnętrzna przekora?... czy za każdym razem oddaję coś bardziej ważnego? A miało być tak pięknie... Tak spokojnie i bezpiecznie... Tak ciepło i kolorowo... Tak to chyba ktoś obiecywał...


Lada dzień wraca Długi. Znów zaczną się gary i nerwy. Nie udało mi się zrealizować zamierzenia. Są rzeczy na które nie mamy wpływu. Bardzo się starałam...może za bardzo.
Znów ponad 30 stopni... Lubię ciepło ale fatalnie znoszę upały... Z „czoła" samochodu zniknął znaczek OPLA. Był zniszczony...jak zawsze wszystko na przodzie. Na co kolekcjonerowi taka rzecz -nie wiem. Chyba że złośliwie... że pijana młodzież... Puby które funkcjonują nieopodal- to zaraza naszej dzielnicy. Oczywiście na monitoring miasto nie ma kasy. A że po drugiej stronie rzeki policja-nic to... Najciemniej jest przecież zawsze pod latarnią...

Zdejm już tą rękawiczkę... Zdejm...-bo to się źle skończy-przekonywał Rogaty. A mnie wydawało się już kilka dni temu że zdjęłam... Dobrze napisałam WYDAWAŁO SIĘ... Czuję ją co noc... Czuję o 9 rano... czuję w południe i o 19 wieczorem... Czuję wówczas gdy trzymam w ręku coś co....
Ależ jesteś głupia!!- nie wytrzymał. Wiedziałaś!...wiedziałaś.... a teraz popatrz na siebie. Obraz nędzy i rozpaczy...
Wściekłam się... Może ja lubię taki obraz!!
Pewnie że lubisz... Tak lubisz..- jak wszyscy lubią rozstania.-dodał uszczypliwie. Tylko dawniej w takich chwilach pisałaś... malowałaś... Przetrawiałaś takie bóle i nieszczęścia. Intuicyjnie potrafiłaś sobie pomóc. Teraz albo nie potrafisz albo nie chcesz... Tak się w ogóle zastanawiam po cholerę Ci to wszystko było?
Byłam wówczas szczęśliwa. Czułam opiekę i obecność. Jakieś maleńki poczucie stabilizacji... I kochałam jak idiotka tą słodką zarośniętą mordę... Byłam traktowana po królewsku- i tak się czułam... To starałam się oddawać...- a jednocześnie bałam się... Wielu rzeczy nie potrafiłam pokazać, a może to intuicja powstrzymywała... Z resztą wiesz jak było... poza tym nie chcę już o tym rozmawiać. Zamilkł... Siedzieliśmy w milczeniu wpatrzeni w cienie na suficie. Wiatr lekko kołysał gałęziami drzew.. a one odbijały się jak pazury innego bytu. Wyciągnął kosmatą łapę i przygarnął mnie delikatnie do siebie. Był wstrętny... Był zły... Ciągnął do zguby ,- ale był mi w tej chwili potrzebny.
Zostaw mnie samą na kilka dni,- poprosiłam... Patrzył mi w oczy marszcząc brwi...
Zawołaj jak będziesz na rozmowę gotowa-powiedział w końcu i zniknął.
Włączyłam PC... Poczta wchodziła dość długo... Otworzyłam katalog z ciuchami... „Jesień-już jesień..." -przeczytałam reklamę. A ja nie wiem czy nadal lubię jesień... Ja już nie wiem czy w ogóle coś lubię...

Siedzieliśmy przy kawie w milczeniu. Rogaty patrzył w dal ponad moją głową... Wiesz...- zaczął... Tak cieszyłaś się na to że zostaniesz sama... że będzie spokój... ale myślę że chyba ty bardziej potrzebujesz wyjazdu i odpoczynku w ramionach natury. Tęsknisz za ogrodem którego już nie ma i wspominasz każdy jego zakątek i kamień. Pamiętasz każdą posadzoną roślinę...- to przeszłość. Czas zapomnieć...
Nie potrafię... Nie potrafię...- rozumiesz?..- wyrwało mi się z piersi wyznanie uczucia. Znasz mnie... Wiesz jak bardzo spojona jestem z naturą...
Tak.... mruczał... Tak....-wy ludzie czasami zachowujecie się bardzo dziwnie i mało racjonalnie.
Bo to przywiązanie... usiłowałam wytłumaczyć Rogatemu. To jest jak.... To jest jak pierwsza miłość...
Hahahahahahahahaha...-ryczał........ hahahahahaha... i ci zostało na dobre podsumował temat.
Zostało.... Jak pierwsza miłość- powtórzyłam niczym echo.
Nie umiesz wykorzystywać czasu- powiedział w końcu. Nie potrafisz i chyba już się tego nie nauczysz. Jak zamierzasz się starzeć? Przecież z każdym miesiącem gorzkniejesz i robisz się niczym stary pierdziel.. Jak policjant, któremu zostały już tylko wspomnienia i zadręcza nimi otoczenie...
Czy było to udane porównanie czy nie- MIAŁ RACJĘ. Byłam dziś w Leroin Merlin... Snułam się wśród kolekcji ceramicznych donic i ustawiałam je w wyobraźni w zmyślonym ogrodzie... Sadziłam rośliny... a tam na końcu... ustawiłam maleńki kamienny przelew... Dla ptaków.... Pamiętam jak bardzo lubiły przylatywać do wody w upalne dni. Wśród drzew ustawiłam ratanowe meble..- a na niskim stoliku, w pięknym koszu stały ogromne brzoskwinie... Yesu... w tym surowym, „mechanicznym" markecie stworzyłam wyobraźnią namiastkę raju....
Przestań- warknął słysząc znienawidzone słowo. Zepsułaś nastrój,- a było tak przyjemnie.
Zniknął za moment jakby się obraził... Ale wróci... Wiem że wróci...
Kończy się wreszcie ten ciężki dla wszystkich dzień. Było zbyt gorąco i gęste powietrze trudno wchodziło do płuc. Już prawie nów... Noce tak ciemne jakby smutek przygniatał niebo.... Jesteś tam gdzieś i zapominasz srebrny numer z którym kiedyś żegnałeś dzień... Ale ja wiedziałam... Wiedziałam i zrobiłam wszystko by jak najmniej bolało...

Poskładałam swoje „dziś" z sekund... minut.. godzin.... Niespełnione marzenie... Jeszcze tląca się nadzieja... Oddalający się „ktoś"... Wspomnienia... Nicość...
Nadzieja...- podobno odchodzi od nas ostatnia...- podobno ma się ją do ostatnich chwil... Czy warto się jednak aż tak okłamywać?
Wieczór... Jutro pierwszy dzień reszty naszego życia... Czy warto walczyć o cokolwiek innego niż spokój? ...

Długi w poniedziałek wyjeżdża... Wyjeżdża na tydzień z dziewuchą. I dobrze. Bo sobie odpocznie od pracy... Ode mnie sobie odpocznie. Może dziewucha w końcu mu się trochę znudzi... a przede wszystkim BĘDZIEMY MIEĆ SPOKÓJ. Yesu... Koleżanki sobie do mnie przyjdą... Obiadów nie będę gotowała. Nie dojdę nawet do tych znienawidzonych garów. Miał jechać już w piątek... Radość trwała krótko bo wyjazd przeniesiono na poniedziałek. NAJWAZNIEJSZE ŻE JEDNAK WYJEŻDŻA. Z tej to radości zrobiłam dziś dżem morelowy.... Pycha.... Mniammmm.... Remont balkonu ma się ku końcowi. Spaprali trochę robotę,- więc zwróciłam uwagę i musieli poprawiać. Pan majster po moich uwagach zorientował się jednak żem koleżanka po fachu i JA MAM ZROBIONE WŁAŚCIWIE. Balkony innych lokatorów jakoś mnie mniej obchodzą. Wiem już jednak po pracownikach których zatrudniają, że niestety firma nie najwyższych lotów.
Żegnaliśmy dziś naszą koleżankę z firmy w której ostatnio pracowałam. Odeszła tak cicho jak żyła. Rozmyślania nad sensem istnienia nie wyszły mi na dobre. Wieczorny dół przybrał wymiary krateru tunguskiego. Zapewne widać to nawet po wpisie.... Bo przyszło mi do głowy to...- że Ona może jest już szczęśliwsza od nas...

W sobotę... gdy rozległ się dźwięk dzwonka i podeszłam do drzwi pytając kto mnie odwiedza, usłyszałam „SWÓJ"... Sporo znam „swojaków"... ale głos nie przypominał żadnego z nich. Otworzyłam... W drzwiach stał (tak się domyśliłam) szef pracowników przeprowadzających remont balkonów i nie tracąc cennych sekund na wyjaśnienia stwierdził. „idę na balkon...". Gdy spytałam zaczepnie już „na czyj"?... usłyszałam wyjaśnienie ze na mój. Rozumiem że pyta pan czy może- kontynuowałam rozmowę- a facet o mało nie wepchnął mnie do mieszkania w pośpiechu do tego szczególnego miejsca. Z powodu dobrego nastroju-wpuściłam ale..... Wyszłam z owym panem na ten nieszczęsny balkon i zadałam kilka nie dających do zrozumienia ze jestem fachowcem- pytań. Dowiedziałam się więc od „majstra" co będę miała zrobione.. a w nucie głosu słyszałam jakby podmówkę... że gdy będą „dobrze" traktowani postarają się szczególnie. Płacimy za remont słono i ani mi w głowie było „szczególne traktowanie". Pan ów na balkonie został- a za chwilę spytał „gdzie łazienka". Dla państwa na dole w piwnicy oznajmiłam, ale pokazałam żeby nie być złośliwą wobec kolegi „po fachu". Skorzystał więc sobie „kolega" z tej łazienki w „pełni"- zostawiając zapach przypominający średniowieczną oborę- ale mniejsza z tym... Czy chce wziąć prysznic nie pytałam- byłam bowiem prawie pewna że sam mi to oznajmi gdy będą kończyli pracę. Bardzo się chyba natrudził w tej łazience, bo wróciwszy usiadł na krześle i z tego miejsca dyrygował pracą. Długi szykował się do wyjazdu na wesele. Pan zajmował jedną trzecią pokoju, poprosiłam więc o wyjście. WYSZEDŁ... Jednak gdyby ktoś myślał że na balkon- byłby w błędzie... Wychodząc do korytarza...-po dokładnym obejrzeniu mieszkania stwierdził:...no no ładnie... Gdy zamknęłam za nim drzwi powiedziałam sobie pod nosem: .... „Była to twoja kochany ostatnia tu wizyta..." Panowie pracownicy budowlani jednak nie brali takiej możliwości pod uwagę, bo w poniedziałek usłyszałam że robiąc „wylewkę" będą przechodzili przez moje mieszkanie i powinnam wziąć urlop. Nie wybuchnęłam śmiechem tylko spytałam kiedy?... Pan pomyślał i stwierdził że nie wie kiedy będą wylewać, bo w „deszcz nie robią". Najlepiej gdybym wzięła cały tydzień. Gdy zaczepnie i złośliwie pytałam dalej : czy jeden tydzień wystarczy..- odpowiedział chłop rzeczowo.... „Wystarczy bo muszą przenosić rusztowanie". Yesu co się we mnie działo.....- Wszystko w środku ze śmiechu mi pękało... Nie dokonałam „zobowiązania" tylko zamknąwszy w „balkonowym" pokoju okno,- zasunęłam roletki... Czyżby panowie budowlańcy nie wiedzieli że na balkon można wejść „po rusztowaniu" a „wylewki" robi się z podestów?.... Jednak zaufanie do mnie mają... Zostawili na weekend na moim balkonie WSZYSTKIE NARZĘDZIA oprócz wiertarki. Nie brali pod uwagę tego że ktoś inny, mógł wpaść na pomysł, iż na mój balkon można wejść „po rusztowaniu".
A "wylewki" będą jednak robić z podestów... Jeśli nie potrafią to ich nauczę...